Strażnicy

Zwołana w lipcu 1938 roku konferencja w Évian miała rozwiązać problem żydowskich uchodźców, którzy mogli jeszcze wówczas opuszczać teren III Rzeszy. Gdzie znaleźć gościnną ziemię? Madagaskar czy Kongo? Uzdrowisko w Évian było jednak już tylko o krok od Vichy. Światowa dyplomacja ujawniła swą niemoc i obojętność. Niewielką grupkę Żydów udało się ostatecznie umieścić na Dominikanie…

Powieść Bruna Tessarecha zanurza nas w historii lat ostatniej wojny i prowadzi do zaskakujących wniosków.

Czy świat może przeciwstawić się zorganizowanemu barbarzyństwu, „szaleństwu śmierci”, na które nie znaleźli odpowiedzi Roosevelt ani Churchill? To pytanie stawiają tytułowi „strażnicy”. Jan Karski, świadek stopniowej likwidacji warszawskiego getta, na próżno starał się zaalarmować świat.

Oparta na najnowszych badaniach historycznych powieść Tessarecha bulwersuje i rzuca nowe światło na najczarniejszy okres naszej współczesności. Los jednego z „bohaterów”, inżyniera von Brauna, nazisty, esesmana, twórcy rakiet V-2, ma wymiar symbolu. Niemal ćwierć wieku później, pracując dla NASA, wyśle on pierwszych astronautów na Księżyc, hipnotyzując całą ludzkość obrazami martwego satelity.

Nota o autorze:

BRUNO   TESSARECH, pisarz francuski, z wykształcenia historyk i filozof. Urodził się w 1947 r. w Neuilly-sur-Seine. Uczył filozofii w podparyskich szkołach średnich.  Pierwszą powieść, La Machine à écriré, ogłosił w 1996 r. Następne  jego utwory  to m.in.: La Galette des rois (1998), La Femme de l’analyste (2005), Villa blanche (2005), opowieść biograficzna o zapomnianym włoskim pisarzu Pour Malaparte (2007), wreszcie prezentowana przez nasze wydawnictwo historia ludzi usiłujących przekazać światu prawdę o Holocauście - Les sentinelles (2009).

Fragment książki:

Któregoś dnia przeglądając wycinki prasowe, które senator przed wyjazdem otrzymał z ministerstwa, Patrice natknął się na kwietniowe oświadczenie kanclerza Niemiec na wieść o ry­chłym zwołaniu konferencji w sprawie uchodźców. Kiedy je czytał, poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach: „Wyra­żam nadzieję - wyjawił Führer, mając na myśli Żydów - że świat okaże się dość szlachetny, by zmienić swą sympatię dla tych kryminalistów w realną pomoc. Jeśli o nas chodzi, jeste­śmy gotowi oddać wspomnianych kryminalistów do dyspozy­cji tych krajów, a nawet załadować ich na luksusowe statki, czemu nie”. „Trzeba przeciwstawić się temu cynizmowi, wziąć Hitlera za słowo, pokazać mu, że jego wypowiedzi niko­go nie przerażają- zdenerwował się Patrice. - Tymczasem...” Gwałtownie zamknął teczkę.

Przemówienie końcowe Bérengera ostatecznie zdegustowa­ło młodego człowieka. Wprawdzie senator przyznał, że Francja jest gotowa przyjąć kilka ważnych person „użytecznych z punktu widzenia ekonomii i intelektualnego dziedzictwa”, zaraz jednak zatrzasnął nieco uchylonych drzwi. Uczynił to za pomocą słów, których nie było w pierwotnej wersji wystąpie­nia. „Nie można dopuścić do sytuacji, w której honor staje się zagrożeniem - skandował Bérenger. - Może ono płynąć z za­chwiania równowagi pomiędzy znakomitą większością rodo­witych mieszkańców kraju a elementami przybyłymi z ze­wnątrz. Zagrożenie może też stanowić pozostawiające wiele do życzenia morale elementów napływowych. Naród nie może godzić się na samozagładę z powodu miłości bliźniego”.

-      Czy pan nie ma czasem żydowskich korzeni, panie Orvieto? - zapytał senator. – Kiedy przemawiałem, nasze spojrze­nia spotkały się dwa czy trzy razy. Wyglądał pan tak nieswojo,
że odniosłem wrażenie, że dotyczy to pana osobiście.

-      W najmniejszym stopniu, panie senatorze. Chyba panu mówiłem, że moi dziadkowie byli Włochami.

-      Wie pan, Żydzi są nawet we Włoszech - odparł Bérenger uszczypliwym tonem. - Może nie jest pan Żydem, lecz jest pan zbyt wrażliwy. Proszę nigdy nie zapominać, że dyplomację uprawia się umysłem, nie sercem. Jej celem jest ochrona interesów kraju, a nie zastępowanie Pana Boga w ustanawia­niu reguł powszechnej moralności. W życiu narodu wszystko
się z sobą wiąże. Nie może pan oddzielać aspektu etycznego danej sprawy od innych jej aspektów, demograficznych, poli­tycznych, ekonomicznych, społecznych.

-      Czyta pan we mnie jak w otwartej księdze, panie senato­rze. To prawda, pańskie stwierdzenie o „pozostawiającym wiele do życzenia morale elementów napływowych” mnie zra­niło. Nie jestem Żydem, ale jestem synem imigranta.

Bérenger położył Patrice'owi dłoń na ramieniu.

-  To stwierdzenie, jak wiele innych, podyktowali mi prawie słowo w słowo ludzie, którzy nami rządzą, mój drogi Patrice. Pochodzę z Gwadelupy, sądzi pan, że to zdanie nie oburza mnie tak samo jak pana?

„Gdyby tak było, honor nie pozwoliłby panu go wymówić”, miał już powiedzieć młodzieniec. Ale Bérenger odwrócił się i ruszył ku grupie delegatów palących cygara na tarasie z wi­dokiem na jezioro. Przez wiele lat młody człowiek będzie miał sobie za złe, że tego dnia nie wyjawił wprost zasad, w które wierzył. Jego życie zapewne potoczyłoby się inaczej. Potem zapomniał tę chwilę, w której pojął, że los Żydów zo­stał przesądzony.

Na konferencji podjęto ostatecznie tylko jedną decyzję: uznano, że należy powołać Międzynarodowy Komitet do spraw Uchodźców z siedzibą w Londynie. W ten sposób Brytyjczycy mogli sprawować pieczę nad całą tą sprawą, Amerykanie nie potrzebowali już odwoływać się do Ligi Narodów, której nie znosili, a Francuzi byli zadowoleni, że są w drugim szeregu. Je­den punkt wszakże napełniał ich dumą, to, że francuski został na równi z angielskim uznany za oficjalny język przyszłych de­bat. „Proszę zwrócić uwagę, że nasz kraj w żadnym razie nie re­zygnuje z wielkości”, szepnął Bérenger Patrice'owi, wyraźnie podniecony. Cel, jaki konferencja wyznaczała owemu Komite­towi, zawierał się w jednym zdaniu: zaproponować Żydom ja­kieś miejsce na ziemi, gdzie mogliby się osiedlić. „To znaczy gdziekolwiek, byle nie u nas - pomyślał Patrice, zapoznając się z rezolucją. - Hitler pewnie w tej chwili zaciera ręce. Bez­wład i niemoc demokratycznych krajów po raz kolejny dostar­czają mu dowodu, że może robić z Żydami, co mu się podoba. Nikt nie kiwnie palcem, by im przyjść z pomocą”.

Delegaci opuścili Évian z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Więk­szość z nich śpieszyła do Paryża. „Oficjalna wizyta brytyjskiej pary królewskiej wymaga naszej tam obecności - wyjaśnił senator. - Gdy Republika Francuska zaprasza jakąś ważną osobistość, może mi pan wierzyć, mój drogi, wszystko jest za­pięte na ostatni guzik. Niektóre wystawne kolacje przy Quai d'Orsay czy w Pałacu Elizejskim na długo pozostają w pamię­ci obecnych”. Potem zaczął wychwalać zalety francusko-brytyjskiej współpracy w trudnych czasach, jakie przeżywa obecnie cała Europa.

Patrice już go nie słuchał. Starał się uporządkować dzie­siątki teczek porozrzucanych w pokoju. Senator bez żenady znosił tu dzień po dniu masę dokumentów. „Niech się pan nie przejmuje, posortujemy to później”, powiedział, jakby chciał się usprawiedliwić. Stażysta wysilił się na uprzejmą odpo­wiedź. Lecz coraz trudniej było mu godzić się z określeniem „sortować".


Komentarze
Polityka Prywatności